czwartek, 26 października 2017
[RECENZJA] Remigiusz Mróz- "Czarna Madonna"
Udało mi się unieść głowę na tyle, by zobaczyć, jak skręcają mi się kończyny. Przywodziły na myśl kurczący się, topiony w wysokiej temperaturze plastik. Po chwili znowu znieruchomiałem, nie mogłem już poruszyć głową. Syk przerodził się w kolejne słowa. Tym razem wypowiadał je nie jeden obcy głos, ale kilka. Nakładały się na siebie, drgały nieprzyjemnym tembrem i było w nich coś szalonego. Coś demonicznego.
- Et super cornua eius decem diademata...- rozległo się.- Et super capita eius nomina blasphemiae!
Skurcz pojawił się także w mięśniach twarzy. Czułem, że usta układają mi się w szeroki, upiorny uśmiech, jakby ktoś rozciągał mi na bok kąciki. Głowa zaczęła się obracać, a kark strzelił. Targnęło mną coś nieokreślonego, coś wypływającego jednocześnie z mojej duszy, z jej najmroczniejszych zakamarków, ale także z zupełnie innego miejsca. Odległego. Miejsca, które powinno być niedostępne.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
